środa, 4 kwietnia 2012

XVIII.

AGATA:

Poranek przed podróżą upłynął w zawrotnym tempie. Śniadanie, ostatnie rzeczy do spakowania, wyjazd na lotnisko. Agata, Robert i Jude z żalem opuszczali ośrodek, w którym spędzili kilka przyjemnych dni. Czekał na nich powrót do szarej rzeczywistości. Odprawa na lotnisku, podobnie jak w NYC, odbyła się bardzo szybko i już po chwili przyjaciele siedzieli na pokładzie prywatnego samolotu. Brytyjczyk usiadł nieco z boku, z słuchawkami w uszach i oddał się nauce scenariusza. Rudowłosa wraz z brunetem zajęli miejsca obok siebie.
- To były naprawdę dobre dni. Dziękuję Ci. – uśmiechnęła się.
- Ale to przecież nic. – odpowiedział Downey – To tylko z mojej strony gest podziękowania za wszystko co robisz dla Extona… i dla mnie.
- Mały na pewno się bardzo za tobą stęsknił. Tyle dni bez tatusia!
- Jesteś pewna, że tylko za mną? – zapytał mężczyzna, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu – Bo ja coś czuję, że mój kochany synek przywita się ze mną, a następne kilka godzin to ciebie będzie zasypywał opowiadaniami.
- No kogoś będzie musiał, kiedy jego ojciec padnie zmęczony podróżą i zaśnie. – dziewczyna zrobiła złośliwą minę – A ja bohatersko pozostanę przy nim!
- Niech to! – zaśmiał się Robert – Niedługo uczennica stanie się tak cyniczna jak mistrz. Kogo ja wyhodowałem na swoim terenie?
Przyjaciele spędzili jeszcze dłuższą chwilę na serdecznej rozmowie i oglądaniu zdjęć wyjazdu. Ostatecznie jednak zmęczenie wzięło górę i przyszedł czas na sen. Jedynie Jude twardo siedział ze scenariuszem. Perspektywa szybszego powrotu do Londynu lub chociaż weekendu z Maggie dawała mu dużo siły i determinacji.
Sześć godzin minęło dość szybko i Brytyjczyk obudził Agatę i Roberta chwilę przed lądowaniem na JFK.
- Mmmmmm… Co, to już? – zapytała dziewczyna – Przecież przysnęłam na chwilkę.
- Tak, a ta chwilka trwała kilka godzin. – zaśmiał się Jude – Wstawać śpiochy, za chwilę Nowy York!
- NYC? JUŻ? DOOOOOOM! – Downey aż podskoczył na dźwięk tych słów.
- A owszem. – odpowiedział uśmiechnięty blondyn – Wy sobie spaliście, a ja nauczyłem się kolejnych kilkunastu stron scenariusza. – dodał dumny z siebie – Ach, uroczo wyglądaliście tacy śpiący, oparci o siebie!
- Zdolny chłopiec, w takim tempie to wrócisz do Anglii w oka mgnieniu! – próbowała zmienić temat lekko zaczerwieniona Agata. – A teraz panowie, chyba czas zapiąć pasy, chyba zaraz podchodzimy do lądowania.

Na lotnisku przyjaciele musieli się rozdzielić. Jude pożegnał się i pojechał do hotelu, żeby odpocząć, zadzwonić do Maggie i dalej uczyć się swojej roli. Rudowłosa i Robert zaś wrócili do domu, gdzie już czekali na nich Indio i Exton.
- TATUUUUUŚ! – pisnął malec na widok bruneta i rzucił mu się w ramiona.
- No cześć kochany mój! – Downey wziął synka na ręce i ucałował w policzek. – Bardzo za tobą tęskniłem, wiesz?
- Hej. – Indio nieśmiało podszedł do Agaty.
- No cześć! – odpowiedziała – Daliście sobie jakoś radę? Braciszek ci nie dokuczał za dużo?
- Było okej. Ale… Ja jeszcze nie miałem okazji cię przeprosić za tamto, no wiesz. Zachowałem się jak szczeniak. Dorosły ze mnie facet, a czasem głupi jak but.
- Zdarza się. Ale już między nami wszystko gra? – zapytała dziewczyna. Indio odpowiedział jej kiwnięciem głowy, ale nie zdążył już nic powiedzieć, bo jego młodszy brat podbiegł i przytulił się do Polki.
Komitet powitalny spisał się na medal. Rudowłosa zjadła obiad z trzema Downey’ami, po czym zostawiła panów samych i poszła do swojego pokoju. Musiała koniecznie napisać do Maggie. Zalogowała się na swoją pocztę i pierwsze, co zauważyła, to wiadomość z Polski, z poradni, w której pracowała.
- Cholera, to nie może zwiastować nic dobrego. – wymamrotała sama do siebie i otworzyła maila.

Szanowna Pani Agato!
Zdaję sobie sprawę, że moja prośba może być ciężka do zrealizowania, ale jest nam pani potrzebna na kilka dni w ośrodku. Pani pacjentka, mała Ania Lewandowska, nie chce współpracować z innymi terapeutami i stwierdziła, że jeśli nie dostanie od Pani wyraźnego polecenia to nie będzie się słuchać nikogo innego. Wiem, że pracuje Pani aktualnie w Stanach i muszę angażować Pani uwagę w trakcie urlopu, ale to niezwykle ważne, żeby zjawiła się Pani w Warszawie. Pokryjemy koszty Pani podróży, proszę o jak najszybszą odpowiedź, kiedy moglibyśmy się Pani spodziewać.
Serdecznie pozdrawiam!
Prof. M. Kowalska

Rudowłosa oparła głowę na dłoniach i wzięła kilka głębokich wdechów. Nie chciała za żadne skarby świata opuszczać NYC, ale jednocześnie nie mogła zostawić swojej pacjentki w tak znaczącym momencie terapii. Do tego wszystkiego doszły maile od mamy i przyjaciół, o tym, że tęsknią. Wszystko wyglądało na to, że nie miała wyjścia. Najbliższy lot do Warszawy miała za tydzień, lecz najpierw postanowiła napisać maila do Maggie i poinformować Roberta. Przesłała przyjaciółce przetłumaczoną treść wiadomości od swojej szefowej, do której dopisała kilka zdań.

Maggie!
Tradycyjnie kopnęło mnie w tyłek prawo ironii losu. Zaczęło się fajnie układać i coś się pieprzy. Powiedz mi, ze robię dobrze, że planuję kilka dni w Polsce i że nie mogę tak zostawić Ani. :-(  Czeka mnie jeszcze rozmowa z Robertem, mam nadzieję, ze da mi urlop i że jeszcze będę miała do czego tu wrócić. Za tydzień mam pierwszy możliwy lot do Warszawy, będę Cię informować na bieżąco co i jak.
Ale jak tam u Ciebie Kochana? :-* Odespałaś już podróż? Jude namiętnie uczy się scenariusza, byleby się jak najszybciej do Ciebie wyrwać. Cudownego faceta znalazłaś, tyle Ci powiem! :-)
Tęęęęęęsknięęęęęę!
A.
PS. Pozdrów całą londyńską ekipę!

Agata zamknęła laptopa, wzięła chłodny prysznic i z nieco spokojniejszymi myślami udała się do gabinetu Roberta. Exton już spał, a Indio wrócił do siebie, więc mogła spokojnie z nim porozmawiać. Zapukała do drzwi.
- Mogę? – zapytała, zaglądając do pokoju.
- Jasne, wchodź! – odpowiedział brunet – Coś się stało.
- Właściwie to tak. Tak i nie. W sumie nie wiem jak zacząć. – powiedziała przyciszonym głosem, po czym zebrała się w sobie i odpowiedziała Robertowi o mailu i o tym, że jest teraz potrzebna w Warszawie.
- No przecież nie mogę cię tu zatrzymać siłą. – uśmiechnął się Downey – Ta dziewczynka ciebie potrzebuje i dobrze o tym wiesz. A ja jakoś sobie poradzę z Extonem do twojego powrotu. Jest Indio, jest teraz Jude, jest moja siostra, damy radę.
- Do mojego powrotu… Czyli mogę tu wrócić?
- Nie wyobrażam sobie nawet innej możliwości. Ty nie możesz, ty MUSISZ do nas wrócić. – w oczach mężczyzny pojawiła się taka dziwna …czułość? – I nie przyjmuję odmowy!
- A ja nie zamierzam odmawiać. – rudowłosa pocałowała przyjaciela w policzek – Dziękuję. Za to, że rozumiesz, tak dobrze rozumiesz. Idę zarezerwować lot, odpisać szefowej i spać. Jet lag się odzywa. Dobranoc.
- Śpij dobrze.
Brunet podążył wzrokiem za dziewczyną i zamyślił się, gdy wyszła. Wiedział, że będzie mu ciężko samemu z dzieckiem, ale równocześnie był pewien, że Agata do nich wróci, najszybciej jak tylko będzie mogła. Poczuł dziwne uczucie i podświadomie porównał tę sytuację do odejścia Susan.
- Głupi jesteś. – skarcił sam siebie – To dwie zupełnie różne kobiety i ta druga daje ci to, czego nie potrafiła dać ci ta pierwsza. Doceń to…

Tydzień upłynął bardzo szybko. Jude martwił się o ukochaną. Podczas rozmów telefonicznych słyszał w jej głosie, że stara się udawać silną. W rzeczywistości wiedział, że zmęczenie ją zwyciężało, do tego dochodził smutek i tęsknota. Mężczyzna spędzał całe dnie nad nauką kolejnych stron tekstu i na nagrywaniu scen z Robertem. Istniała możliwość, że może w kolejny weekend uda mu się polecieć na dwa dni do Londynu i nie miał zamiaru jej zaprzepaścić.
Agata również niepokoiła się o Maggie, pisała do przyjaciółki sporo maili, lecz coraz częściej pozostawały one bez odpowiedzi. Wylot do Polski zbliżał się tak bardzo, ze pozostały do niego jedynie godziny. Dziewczyna spakowała wszystkie niezbędne rzeczy, po raz kolejny dziękując w duchu, że wycofano wizy i może tu wracać, kiedy tylko zechce. Wytłumaczyła Extonowi, że nie będzie jej tylko kilka dni, a kiedy wróci to spędzi z nim czas na takich rozrywkach, jakie tylko sobie wymarzy. Z sercem na ramieniu kładła się spać, nadszedł czas aby opuścić NYC i faceta, którego pokochała.
- Będzie dobrze. – powtórzyła sobie w myślach, po czym zasnęła…

MAGGIE:

-WSTAAAAAAAAWAJ! – wrzasnął w ucho czarnookiej Rudzielec.
- Ostrzegam Cię, ze jeśli zaraz nie wyjdziesz z tego pokoju, to Twoja żona zostanie wdową – wymruczała przez sen Maggie
- No weeeź, jest niedziela wieczór, Twoja komórka szaleje, Mała Mary jest już na świecie, a Ty chrapiesz w najlepsze!! – zaśmiał się Nick.
- Jak to??!! – Maggie nagle usiadła na łóżku, czego pożałowała po chwili, zakręcił się jej w głowie – Jaka Mary? Jamie już urodziła? Dlaczego mnie nie budziliście? – spytała z wyrzutem
- Bo myślisz, ze nie próbowałem! Nawet CI nad uchem włączyłem film z Judem.. na nic! Spałaś jak kamień!
- Kurcze… Musiałam odespać tą zmianę czasu i w ogóle – dziewczyna pokręciła głową – no ale tatuśku – mrugnęła wesoło – opowiadaj!!

            Kolejną godzinę, przyjaciele spędzili omawiając każdy szczegół fotografii małej, rudej dziewczynki, którą pokazał przyjaciółce dumny tatuś. Jamie w szpitalu ma być jeszcze dzień, może dwa i wróci, wraz z mała do domu. Dla Maggie oznaczało to jedno – wyprowadzka do mieszkania.
- Zaraz a mówiłeś, ze mi komórka szalała? – spytała wychodząc z łazienki, już odświeżona – spojrzała na wyświetlacz – O kurcze.. tyle połączeń od Jude’a!, Lepiej oddzwonie! – stwierdziła, wychodząc z pokoju i wybierając numer blondyna.
*
- Podaj mi trzy argumenty, abym się nie rozłączył od razu. Cały dzień wydzwaniam! – mimo tych słów, Jude szczerzył się od ucha do ucha. Zdawał sobie sprawę, ze jego ukochana odsypiała męczącą podróż, ale chęć usłyszenia jej głosu, chociażby zaspanego, była od niego silniejsza.
- Hm.. Spałam… Spałam… i… Spałam – wyliczyła, po czym roześmiała się – No nie bądź taki! Co tam? Wiesz, ze Nick ma już córcię? Znaczy w domu jeszcze jej nie ma, ale już niedługo. Właśnie trzymam w dłoniach zdjęcie tej rudej istoty – przechyliła nieco głowę, uśmiechając się do siebie.
- Kolejna Ruda? Nie no… Świat szaleje – Jude wydawał się być rozbawiony – Powiem Agacie, ucieszy się, bo chyba się z Nickiem znają? – upewnił się.
- No ba! Agata od niego pożyczała namiot, który wspólnymi siłami zepsułyśmy. Tego się nie da zapomnieć! A jak tam u Was? Dolecieliście już?
- Właśnie wszedłem do hotelu w NY. O ranyy – westchnął mężczyzna kładąc się na łóżku – Umiem już nowe sceny! Czyli myślę, ze za tydzień, góra dwa, wyrwę się ze szponów producentów i przylecę do Ciebie, Kochanie
- Już się nie mogę doczekać – Maggie uśmiechnęła się do swoich myśli – Za pusto mi tu…
- Strasznie Cię Kocham – szepnął Law, chcąc jakoś podtrzymać na duchu Brytyjkę – Jak tam? Stres przed jutrem jest? – spytał
- Jako, że przespałam cały dzień, poczytam coś w nocy, żeby być na jutro przygotowaną. Nie wiem ile dostanę rodzin, nie widziałam się z moim „szefem” – dodała.
- Dasz mi znać?
- Pewnie! A teraz odpocznij, Skarnie, do usłyszenia! – rozłączyła się, siadając jednocześnie przed monitorem, sprawdzając maila od Agaty, który wprawił szatynkę w niemałe zdziwienie. „No to się porobiło”. Bez zastanowienia odpisała.

O matulu!!!! Się narobiło, faktycznie!
Ale bardzo dobrze robisz, że chcesz wrócić. Ta dziewczynka Cię potrzebuje, bo Ci ufa, a skoro Ci ufa… nie możesz jej zawieść;) I przy okazji posiedzisz u mamy, spotkasz z przyjaciółmi, a o Roberta się nie martw! Na pewno Cię zrozumie! W końcu nie jesteś dla niego byle kim! ;)


Niedawno się obudziłam, a raczej obudził mnie szanowny Nick, informując, ze przespałam poród Jamie! Wyobrażasz sobie? Byłam niebotycznie zmęczona (zaraz po powrocie kazałam się wieść do biura, żeby dopracować potrzebne informacje, zajęło mi to całą noc, no, ale… czasem trzeba;)) Jude właśnie przed momentem mi powiedział, że coś tam się nauczył. Nie znam się na tych jego całych scenariuszach, ale już nie mogę się doczekać, kiedy go znów zobaczę.. jakoś.. strasznie tu pusto bez niego;( i bez Ciebie i Roberta też;(
NO nic… Wracam do swoich mądrych książek.
Będziemy w kontakcie i jeszcze raz. Nie bój się. Downey Ci nie da odejść na stałe! ;)


Love:***
M.

Maggie zamknęła laptopa i zamyśliła się chwilę nad obecną sytuacją swojej przyjaciółki. „Jest w identycznej sytuacji do mojej.. No może.. u niej nikt nie umarł” – dodała z goryczą, po czym otworzyła swą „księgę mądrości”.

Poniedziałek zaczął się dla szatynki już o 5 rano. Ubrała się, umalowała, a po pół godzinie, siedząc w swoim gabinecie, już patrzyła na listy ludzi, których jej przydzielono. 10 rodzin, w każdej po 2, 3 osoby… Odetchnęła głęboko, zabrała swoje rzeczy, jadąc pod pierwszy adres.
Początek terapii zawsze jest najtrudniejszy. Tak było i tym razem. Maggie do swojego mieszkania wróciła przed północą. Postanowiła jak najszybciej wynieść się od Nicka i Jamie. Czuła, że najbliższe dni będą ciężkie i nie chciała nikogo narażać na niepotrzebne stresy. Usiadła na kupionym wcześniej materacu, wpatrując się w swoje dłonie. W jej głowie panowała idealna cisza. Pustka. „Jakby cisza przed burzą” – myślała. Wyjęła telefon.

Koniec dnia pierwszego. Stan ducha: Cieżki. Prognozy na jutro: Marne.
Obyś Ty lepiej spożytkował swoją energię.
Kocham Cię.
M.

Tylko tyle zdołała wysłać ukochanemu, nim bezwładnie opadła na materac, nakrywając się pościelą.

***

Każdy nowy dzień zaczynał się tak samo. Mimo końcówki lipca, na dworze było szaro, zimno i ponuro. Maggie od powrotu ze Stanów wstawała o 5 rano, by w spokoju wypić mocną kawę, wziąć odprężający prysznic, przeczytać zrobione dzień wcześniej notatki dotyczące różnych terapii, mogących przydać się tym razem.
Wychodząc z wanny, stanęła przed ogromnym lustrem w swojej łazience- już kilka dni „pomieszkiwała” w swoim nowym mieszkaniu. Mimo braku mebli, materaca, zamiast łóżka i ogromnych ilości pudeł porozrzucanych po dwóch poziomach jej domu, szatynka czuła się tu bardzo dobrze. Musiała znaleźć tylko chwilę, na porządne rozpakowanie się- Dziewczyna przetarła zaparowane lustro. Przyjrzała się sobie.
- Gorzej niż wczoraj – mruknęła do siebie, rozczesując splątane włosy. Cienie pod oczami dziś miały kolor ciemno-popielaty. Zapadnięte policzki, coraz to bardziej chude ramiona, cera, która straciła swój naturalny blask. I te oczy… Zwierciadła duszy, jak określają niektórzy. Skoro tak, to dusza Maggie była głęboka, bez wyrazu. Pusta. Bo te oczy przerażały. Pozbawione całego ciepła, stały się czarnymi latarniami, z niemym wołaniem o pomoc. Dziewczyna nie chciała się przed nikim przyznać do tego, jak jest jej ciężko. Nie po raz pierwszy znajdowała się w takiej sytuacji. Wielu ludzi pokrzywdzonych, ona jedna, by im pomóc. Smutek rodzin ofiar londyńskiej tragedii zaczął przelewać się również w duszę Panny Gold. Co wieczór, kiedy mogła wykorzystać pozostały czas na odpoczynek, ona siedziała przy książkach. Próbowała w jakiś sposób zagłuszyć narastający w niej smutek. Niejednokrotnie poddawała się temu, siadając pod ścianą i płacząc. Zaczęła zamykać się w sobie i odgradzać od wszystkich, nawet tych, których kochała całym sercem. Rozmowy prowadzone z Judem ograniczały się do suchych informacji, co w Londynie, co w pracy. Sprytnie omijała każde pytanie dotyczące jej osoby, zbywając je śmiechem, lub milcząc. „Przecież nie będę teraz wypłakiwać się mu w mankiet, skoro jest w samym centrum hollywoodzkiego horroru, jakim jest kręcenie filmu” – myślała za każdym razem odkładając słuchawkę. Było to jej swoiste usprawiedliwienie.
Przestała sprawdzać maile od Agaty, zaniedbała swoich rodziców. Stała się swoim własnym cieniem.

Kilka chwil na dobranie odpowiedniej garderoby, makijażu, fryzury, która ograniczała się do ciasnego koka, i była gotowa. Pod kilkoma warstwami ciuchów próbowała schować wystające kości miednicy, czy żeber i do tej pory jej się to udawało. Nie mogła niestety zmienić tego, jak reaguje na stres. Jej organizm przyjmował wtedy tylko kawę i jogurty.  Na początku jeszcze Nick wyśmiewał się z niej:
- A może nosisz w sobie jego dziecinę? – pytał z wrednym wyrazem twarzy
- Dowaliłeś, mój drogi, jak kulą w płot! – odpowiadała za każdym razem Maggie, z satysfakcją obserwując zażenowanie na twarzy swojego przyjaciela. On sam był zakochany w swoim dziecku. Mała Mary, jak się okazało przyszła na świat dzień po przylocie Brytyjki ze Stanów. Najpiękniejsze dziecko świata. I najbardziej zakochani w niej rodzice, oraz Maggie, która została „ciocią”.
- No prawda… zapominam o tym….
Wymusiła uśmiech na twarzy, po raz kolejny wmawiając sobie, ze to, co stało się kilkanaście lat temu nie było w żaden sposób jej winą, i że konsekwencji nie można odwrócić. Jeszcze, jako dziecko zachorowała. Stan zapalny zawładnął jej nierozwiniętymi jeszcze narządami. Antybiotyki uratowały małą Maggie, niszcząc przy tym całą nadzieje na późniejsze macierzyństwo. Od kilku lat nie interesowała się tym, czy coś się w tej materii zmieniło, czy ktoś wynalazł takie sposoby, które dałyby szanse czarnookiej na założenie szczęśliwej rodziny. „Może kiedyś” – powtarzała sobie.
Wzięła potrzebne papiery. Nagle poczuła, że z jej nosa coś wypływa. Dotknęła mazi. Była czerwona.
- Nosz, cholera! – krzyknęła wycierając strużkę krwi – nie dziś!

Chwiejnym krokiem poszła do łazienki, robiąc sobie zimny okład na nos. Zamknęła oczy, modląc się, żeby ten krwotok nie był „pięknym” wstępem do czegoś gorszego. Czuła, że nie dojedzie komunikacją miejską do pracy, wyciągnęła, więc telefon, kilka razy starając się wybrać właściwy numer.
W taksówce zużyła całą paczkę chusteczek, by zatamować krwawienie. Na nic się to zdało. Nie pamiętała drogi z pojazdu do swojego gabinetu. Nie pamiętała kilku zdań zamienionych z Harrym „szefem” Finniganem. Pamiętała moment, w którym rzuciła niedbale swoją torbę na biurko, a potem… zapanowała wszechogarniająca ciemność. Czarnooka zemdlała.

1 komentarz:

  1. Jakoś dzisiaj już chyba nie myślę, więc nic sensownego nie napiszę. Lecicie jak burza, cieszę się, że macie takie pomysły i dzielicie się z tym z nami :)). LUBIĘ TO!
    <3333

    OdpowiedzUsuń